Żyjemy w świecie zdominowanym przez cyfrowe źródła informacji, a jednak to właśnie drukowane katalogi najbardziej pomagają klientom dokonywać wyborów podczas zakupów. Dlaczego? Bo współczesny sprzęt drukujący oferuje większe możliwości, a do tego dużo taniej, niż w przeszłości.

Niedawno pisaliśmy, że drukowane katalogi są bardzo wdzięcznym źródłem informacji dla pokolenia Milenialsów, czyli dzisiejszych 20- i 30-latków. Dlaczego to właśnie oni są analizowaną grupą w sprawie dotyczącej popularności druku? Bo to oni powoli stają się siłą rzeczy najliczniejszą grupą konsumentów. Zatem firmy, które szukają sposobów jak najbardziej efektywnego dotarcia do klientów kierują się właśnie preferencjami tego pokolenia. Analitycy bardzo chętnie i skrupulatnie starają się znaleźć zarówno odpowiedzi na pytania dotyczące skali popularności druku jak i powodów, dla których tak się dzieje. Reasumując dane podane we wcześniejszym felietonie, co najmniej dwie trzecie Milenialsów przedkłada słowo podane drukiem nad podane przez wyświetlacz ciekłokrystaliczny. Dzieje się tak, bo tradycyjne źródła informacji, jak np. drukowane katalogi są czymś, co fizycznie można wziąć do ręki, papier ładnie pachnie i a słowa na nim są bardziej wiarygodne, niż te z ekranu.

Analitycy skupiają się na Milenialsach, ale wyżej przytoczone w wielkim skrócie argumenty przemawiąjące na korzyść druku dotyczą wszystkich. Dlaczego ciągle tak bardzo cenimy sobie drukowane katalogi i przedkładamy słowo „analogowe” nad cyfrowe? Na to jest naukowa odpowiedź. Neuronauka udowadnia, że drukowane treści przetwarzane są na poziomie chemii mózgu intensywniej angażują więcej neuronów, niż w przypadku danych podanych na ekranie. Badania te wykazują również głębsze emocjonalne reakcje na treści drukowane. To naukowe uzasadnienie i wyjaśnienie mechanizmu, który został w ludziach ukształtowany przez ponad pół tysiąca lat – przyzwyczajenie do obcowania z drukiem. Jak głęboko jest ów nawyk zakorzeniony można się przekonać biorąc do ręki dowolny przedmiot – płytę CD, pilota TV lub deskę do krojenia (np. by sprawdzić, czy jest czysta). W każdym przypadku nasz wzrok biegnie najpierw w lewy górny róg przedmiotu – to właśnie scheda wynalazku Jana Gutenberga.

Tu można postawić pytanie: skoro tak jest, to czemu od stosunkowo niedawna mówi się o renesansie druku w ogóle czy reklam podanych drukiem (bo tu nie zajmujemy się behawioryzmem ogólnie, ale jego aspektami związanymi z biznesem), skoro niezmiennie wolimy by źródłem informacji były drukowane katalogi a nie reklamy w Internecie? Na to pytanie nie ma jeszcze naukowej odpowiedzi, ale my ją chyba znamy. Dotyczy ona dwóch aspektów. Pierwszy dotyczy sprzętu, drugi „oprogramowania”. Jeszcze kilkanaście, a może nawet kilka lat temu, druk w służbie reklamy był dość drogi, wymagał dużych nakładów i środków. W obecnej dobie na rynku dostępne są urządzenia drukujące, które nie tylko potrafią sprostać każdej koncepcji drukowanej reklamy – od najmniejszej do największej, o dowolnym kształcie, jak np. wstęgi – i zrobią to wielokrotnie taniej, niż kiedyś. Tyle sprzęt.

A oprogramowanie? Jeden z niemieckich detalistów, który ma miliony klientów, dokonał pewnego eksperymentu. Drukowane katalogi w liczbie 300 tys. zostały spersonalizowanych – pierwsza i ostatnia strona katalogu zawierała oferty oparte na profilach klientów i ich wcześniejszych zakupach. Efekt - pięciokrotnie większe zainteresowanie przedmiotami oferty.

Wniosek jest prosty. Aby druk był niekwestionowanym liderem na liście źródeł informacji musi być trafny pod względem treści i dobrze podany. O to pierwsze muszą zadbać pracownicy marketingu, co pokazuje przykład niemieckiego detalisty. Zaś sprzęt drukujący już czeka.


Kontakt dla mediów

Rekomendacje Klientów

zobacz dlaczego inni pracują z OKI